Styczniowy, mroźny poranek, siedzę na tylnym siedzeniu i patrzę przez szybę na ośnieżone pola, krajobrazy polskiej wsi która jakby opustoszała tego poranka. Śnieg leżał na polach, gdzieś w oddali widać było dym uchodzący z komina, a ja zastanawiałem, się co teraz? Auto skręciło z głównej drogi, w pustą, zasypaną śniegiem polną drogę prowadzącą w las. Zacząłem się stresować, emocje i strach mieszały się z niepewnością. Cel był coraz bliżej. Ośrodek Monaru w Kamieniu Rymańskim, nieopodal Białogardu. Mój dom na najbliższe…właśnie, ile?

Pamiętam las i drogę która w pewnym momencie stała się błotnista, wyboista. W pewnym momencie wystrzeliła w górę dochodząc do wielkiego, zrujnowanego gospodarstwa na skraju lasu, w około prócz starych obór, kamiennych murów, obok tego stał mały, zdezelowany dworek, a na nim przy głównym wejściu wisiała tabliczka-  Stowarzyszenie MONAR Ośrodek Leczenia, Terapii i Rehabilitacji Uzależnień u Kamieniu Rymańskim. 

Potem było już tylko gorzej, chwila rozmowy rodziców i mojej ciotki która była tłumaczem między dyrektorem ośrodka a nimi, zostałem szybko przejęty przez „kolegów” z warty i przetrzepany. Milion pytań, Dwójka chłopaków powoli i skrupulatnie przeszukiwała mój bagaż. Każdy rękaw, każde zszycie, gumka od majtek zostały przemacane, torba i każdy centymetr mojego ubrania które miałem na sobie równie skrzętnie przeczesane. Na koniec kazano mi otworzyć usta, latarką prześwietlono mi miejsca pod i nad językiem, dziąsła a na koniec gdy stałem już na golasa trzymając kurczowo swoje jaja i parówę poproszono mnie o trzy głębokie przysiady.

Moja godność i całe człowieczeństwo skończyło się w tym momencie, uleciało. Byłem nikim, przestraszonym siedemnastolatkiem który w styczniowy poranek, na lekkim kacu, kucał wypinając odbyt w zimnym pokoju, pilnowany przez dwóch obcych gości którzy patrzyli na mnie z pogardą której nie życzę nikomu. Pierwsze minuty w moim nowym domu nie napawały mnie optymizmem. Chwile potem, pozwolono mi się ubrać, odprowadzono do rodziców bym mógł się pożegnać, mama ocierała łzy płynące strumieniami, ojciec ze szklanymi oczami uścisnął mi dłoń i „kazał się trzymać” Ciotka wyszła z nimi,  tyle ich widziałem.

Chłód, obce i cyniczne spojrzenia współmieszkańców mojego nowego domu, odrapane ściany, gdzieniegdzie ślady małych remontów, a najbardziej wielki odcisk poprzedniej epoki. Komuna w pełni, a w środku tego ja. Siedemnastoletni Nikodem Sadłowski, chłopak wyrzucony ze szkół średnich, pacyfista który kochał ludzi, muzykę, chciał być artystom. Dzieciak pełen marzeń, który gdzieś między codziennością, a marzeniami zagubił się okrutnie. W sercu chciałem to przejść, wygrać z problemami, zobaczyć jak to jest, o czym śpiewają Dżemy i inne Ryśki i szczerze nauczyć się odmawiać.

Poł roku wcześniej trafiłem po Przystanku Woodstock  oraz pielgrzymce katolickiej do psychiatryka w szpitalu w Lublińcu. Dokładniej mówiąc na odział neuropsychiatryczny, bez klamek, z kratami w oknach, przypięty przez pierwsze pare godzin pasami do łóżka. Grubo co? Tak zaczyna się książka Słowo na A.

Wracając do Ośrodka Monar do którego właśnie zostałem przyjęty był starym, zatęchłym budynkiem w którym mieszkało wielu młodych ludzi którzy biją się ze swoimi demonami. Heroiniści, LSD-owcy, gandziarze, alkoholicy, złodzieje, klejarze i dresy. Chłopaki i dziewczyny. Oto mój dom, moi bracia i siostry. Chwile potem dowiedziałem się jakie panują zasady w naszym domu. Listy są cenzurowane, na początku nie ma mowy o telefonach do domu, nie mogę sam zrobić nic, dosłownie. Bez zgody lidera czy opiekuna nie mogę się nawet, kolokwialnie mówiąc odejszczać.

Pierwsze pare dni, były dla mnie szokiem, nie wiedziałem co się dzieje. Co noc, o różnych godzinach byłem wybudzany przez liderów z latarką, wyprowadzany w pidżamie na ganek gdzie rutyna z rozbieraniem się do naga i przysiadami była kontynuowana, nie pamiętam już ile razy w nocy mnie wybudzano i jak długo to trwało. Do dziś pamiętam dotyk zimnej posadzki i przeszywające zimno które targało moim chudym, przestraszonym i trzęsącym się ciałem. Po takiej szybkiej akcji odprowadzano mnie z powrotem do pokoju bym smacznie dalej spał.

Nie wolno było mi włączać żadnej elektroniki bez pytania, parzyć sobie herbaty czy iść do toalety bez powiadomienia kogoś „starszego” rangą. Dlaczego? By zawsze ktoś miał mnie na oku, bym nie próbował przyjąć jakiś nielegalnych środków które mogli przecież gdzieś przeoczyć lub opcja mniej wesoła, bym nie targnął się na swoje życie lub nie próbował ucieczki. Były takie przypadki, działo się wiele, a ja przecierałem oczy ze zdumienia czując się każdego dnia mniej człowiekiem, a bardziej ścierwem. Grupowa terapia, wyrzygiwanie swoich problemów,  współmieszkańcy traktujący cię jak zero. Myślę że dla siedemnastolatka, który czuł się nierozumiany w społeczeństwie otaczającym go na codzień, taki zabieg resocjalizacyjny mógł spowodować niezłe spustoszenie. Dusza romantyka i marzyciela była zagrożona.

Budzono nas  na przebieżkę o 5 czy 6 rano by cały „pluton” mógł się dotlenić, niektórzy w nagrodę mogli pospać lub uczestniczyć w gimnastyce, potem śniadanie, po wyjazd do lasu by zebrać drewna na opał, tudzież praca w oborach. Głównie rąbanie drewna przewiezionego z lasu wcześniej. Minus dwadzieścia stopni, śniegu po kolana, a ja odgarniam drewno w lesie które wcześniej ktoś zwalił. Łańcuchy, traktor i ładowanie tego wszystkiego na przyczepę. Nie ma zmiłuj, przemoczony, zziębnięty, siedząc na załadowanej przyczepie wracam do mojego nowego domu. Oddalony od najbliższych domostw parę kilometrów, nie znający kierunku, zagubiony dzieciak z problemami.

Pamiętam noc w której jeden z współosadzonych uciekł, miał wyrok w zawiasach i sankcje dotyczyły ukończenia rehabilitacji i terapii w naszym ośrodku. Po odbyciu całego kursu resocjalizacyjnego  tym mógłby uniknąć więzienia. Zostało mu około trzech miesięcy, był już prawie rok w Monarze. Którejś nocy coś w nim pękło. Uciekł. Daleko nie zabiegł, zaalarmowani opiekunowie i liderzy dorwali go gdzieś w szczerych polach. Wywiązała się bójka. Spacyfikowali go. Przyjechała policja i zabrali go na dołek. Z racji złamania procesu czekało go więzienie. Paweł nie miał nawet dwudziestu dwóch lat. Gdy oczekiwał na odsiadkę popełnił samobójstwo- królewskie cięcie, czy jakoś tak, przecięcie żył od nadgarstka do zgięcia w obu rękach.

A ja? Znalazłem ukojenie w malowaniu i pisaniu. Na strychu mój wychowawca znalazł stare ramki ze zdjęciami Lenina, Gomułki i innych, wywaliłem fotki i zacząłem w wolnych chwilach malować na szkle. Pamiętam do go dziś, miał na imię Jarek, a może Cezary? hm, Widać że był tu całym serduchem, swoje też przeszedł. Wytatuowana łezka pod okiem, oraz gwiazdki i księżyc przy kciuku wiele mówią. Po czasie dostałem od rodziców moją maszynę do pisania, pisałem moją pierwszą książkę, już wtedy. Marzyłem o tym. Chciałbym kiedyś tam pojechać, zobaczyć to miejsce i drogę prowadzącą do tego wspomnienia.

 

Kiedyś tam pojadę.

Ave

 

Wykorzystujemy pliki cookies. Szczegółowe informacje w polityce prywatności.

Zapisz się aby otrzymać wiecej informacji o książce

Proszę wyślij mi informacje jak kupić książkę.

FreshMail.pl